Mijn weg naar de boomstam begon niet tijdens een workshop, en zelfs niet in mijn volwassen leven. Hij begon veel vroeger — in mijn kindertijd, naast mijn vader, tussen de bijen.
Mijn vader, afkomstig uit Polen, begon pas met imkeren toen ik een jaar of tien was. Niet uit hobby, maar uit noodzaak: hij ontdekte apitherapie als natuurlijke ondersteuning voor zijn rugklachten. Zo kwam er een bijenvolk in ons leven, en nam hij mij mee in die wereld. Hij leerde me kijken, luisteren en vooral: aanwezig zijn bij een volk dat zijn eigen ritme volgt. Zonder dat ik het toen begreep, plantte hij daarmee een zaadje dat pas jaren later zou ontkiemen.
Als kind leerde ik dat honingbijen van nature in boomholtes leefden, en dat deze manier van imkeren hier verdwenen was. De kennis was weg. Dat vond ik spijtig. Samen met mijn vader zochten we naar manieren om zelf een bijenboom te maken, maar de ervaring ontbrak ons. Toch bleef er iets hangen: een stille droom die ik niet kon benoemen, maar die wel leefde. Ooit wil ik werken met een boomstam.
Jaren later, lang na zijn overlijden, kwam die droom opnieuw naar boven. Boomimkeren werd opnieuw zichtbaar, opnieuw erkend, opnieuw doorgegeven. Er waren workshops in Polen, maar door omstandigheden kon ik er niet naartoe. De roep bleef. En toen hoorde ik dat de workshop boomimkeren naar Ravels kwam. Het voelde alsof iets in mij rechtop ging staan — alsof een oude draad, van mijn vader via mijn jeugd naar mijn eigen bijenpad, zich opnieuw aanspande. Zoals bijen een holte vinden wanneer de tijd rijp is, vond de boomstam zijn weg naar mij.
Tijdens de workshop koos ik een stam die mij riep. Niet de grootste, niet de mooiste, maar de juiste. Het eerste kraken van het hout voelde alsof er in mij ook iets openbrak. Alsof ik thuiskwam in een droom die al sinds mijn kindertijd lag te wachten. Elk stuk hout dat loskwam klonk als een ritme, een nieuwe hartslag die begon te slaan — een bevestiging bij elke klop, elke kraak, elke beweging. Het voelde als graven in mijn diepste zijn, alsof ik in de kern van de stam een verborgen deel van mijn ziel terugvond. Zo ontstond mijn eigen bijenboomstam.
En dan, op een dag, gebeurde het: een zwerm riep me. Ik ving haar, bracht haar naar de stam, en ze liep naar binnen. Heel rustig, heel vanzelfsprekend. Alsof ze wisten dat deze plek voor hen bedoeld was. Alsof ze herkenden dat deze stam niet zomaar hout was, maar een gebaar van vertrouwen.
Een inlopende zwerm raakt aan iets dat verder gaat dan instinct of biologie. In dat moment zie je een heel volk dat als één wezen beweegt, gedragen door een innerlijke ordening die wij als mens alleen maar kunnen bewonderen. Het voelt alsof er een ziel intrekt in de stam. Alsof het hout opnieuw begint te ademen. En ergens raakt het ook aan onszelf: bijen kiezen niet alleen een holte, maar ook de morele ruimte die wij rondom die plek creëren. Ze voelen onze intentie, onze zorg, onze bereidheid om drager te zijn. Misschien raakt het daarom zo diep — omdat natuur, ziel en ordening samenkomen in één beweging. De leegte die ik maakte in de boom werd gevuld door deze zwerm.
Wanneer ik mijn oor tegen het hout leg en het zachte gezoem hoor, denk ik soms aan mijn vader. Niet als groot symbool, maar als stille aanwezigheid. Hij leerde me dat bijen geen bezit zijn, maar wezens met een eigen wijsheid. Dat je niet moet forceren, maar volgen. Dat de bijen jou kiezen — en niet omgekeerd.
Mijn boomstam‑bijenwoning is voor mij meer dan een object. Het is een thuiskomst. Een verbinding tussen vroeger en nu. Een plek waar bijen opnieuw kunnen leven zoals ze dat eeuwenlang deden — vrij, rustig, op hun eigen voorwaarden. Een ontdekking, een verbinding met mijn voorouders, een heling van mijn ziel.
Dit is mijn verhaal. Een kinderdroom die wortel schoot. Een zachte lijn van vader naar dochter. Een boomstam die nu ademt. En een plek waar bijen weer bij kunnen zijn. En dit mag verder groeien — want het voelt als thuiskomen.
Gdzie zakorzeniło się moje dziecięce marzenie — moja droga do kłody pszczelej
Moja droga do kłody pszczelej nie zaczęła się podczas warsztatów, ani nawet w dorosłym życiu. Zaczęła się dużo wcześniej — w moim dzieciństwie, obok mojego ojca, wśród pszczół.
Mój ojciec, pochodzący z Polski, zaczął zajmować się pszczołami dopiero wtedy, gdy miałam około dziesięciu lat. Nie z hobby, lecz z konieczności: odkrył apiterapię jako naturalne wsparcie na swoje problemy z kręgosłupem. Tak pszczoły pojawiły się w naszym życiu, a on wprowadził mnie w ten świat. Uczył mnie patrzeć, słuchać i przede wszystkim — być obecna przy rodzinie pszczelej, która podąża za własnym rytmem. Nie rozumiałam tego wtedy, ale zasiał we mnie ziarno, które wykiełkowało dopiero wiele lat później.
Jako dziecko dowiedziałam się, że pszczoły miodne od zawsze żyły w naturalnych dziuplach drzew, a ten sposób pszczelarzenia tutaj zanikł. Wiedza przepadła. Bardzo mnie to smuciło. Razem z ojcem szukaliśmy sposobów, by samodzielnie stworzyć taką kłodę, ale brakowało nam doświadczenia. A jednak coś we mnie pozostało: ciche marzenie, którego nie umiałam nazwać, ale które żyło. Kiedyś chcę pracować z kłodą pszczelą.
Wiele lat później, długo po jego śmierci, to marzenie powróciło. Pszczelarstwo kłodowe znów stało się widoczne, uznane i przekazywane dalej. Organizowano warsztaty w Polsce, lecz z różnych powodów nie mogłam w nich uczestniczyć. A jednak wołanie pozostało. I wtedy usłyszałam, że warsztaty kłodowe odbędą się w Ravels. Poczułam, jak coś we mnie się prostuje — jakby stara nić, biegnąca od mojego ojca, przez moje dzieciństwo, aż po moją własną drogę z pszczołami, znów się napinała. Tak jak pszczoły znajdują dziuplę, gdy nadchodzi właściwy moment, tak kłoda znalazła drogę do mnie.
Podczas warsztatów wybrałam kłodę, która mnie przywołała. Nie największą, nie najpiękniejszą, lecz tę właściwą. Pierwsze trzaski drewna brzmiały tak, jakby coś otwierało się również we mnie. Jakbym wracała do marzenia, które czekało na mnie od dzieciństwa. Każdy odłupany fragment drewna brzmiał jak rytm, jak nowe bicie serca — potwierdzenie przy każdym uderzeniu, każdym pęknięciu, każdym ruchu. Czułam, jakbym kopała w najgłębszych warstwach siebie, jakbym w rdzeniu tej sosnowej kłody odnajdywała ukrytą część własnej duszy. Tak powstała moja własna kłoda pszczela.
A potem, pewnego dnia, to się stało: rój mnie zawołał. Złapałam go, zaniosłam do kłody, a on spokojnie, naturalnie wszedł do środka. Jakby wiedział, że to miejsce jest dla niego. Jakby rozpoznawał, że ta kłoda to nie tylko drewno, lecz gest zaufania.
Wchodzący rój porusza coś, co wykracza poza instynkt czy biologię. W tej chwili widzi się cały organizm, który porusza się jak jedno ciało, niesiony wewnętrznym porządkiem, który my, ludzie, możemy tylko podziwiać. Czuje się, jakby do kłody wchodziła dusza. Jakby drewno zaczynało oddychać. I dotyka to również nas: pszczoły wybierają nie tylko dziuplę, ale także przestrzeń moralną, którą wokół niej tworzymy. Czują naszą intencję, troskę, gotowość, by być opiekunem. Może dlatego porusza to tak głęboko — bo natura, dusza i porządek spotykają się w jednym ruchu. Pustka, którą stworzyłam w drewnie, została wypełniona przez ten rój.
Kiedy przykładam ucho do kłody i słyszę ciche brzęczenie, myślę czasem o moim ojcu. Nie jako o wielkim symbolu, lecz jako o cichej obecności. To on nauczył mnie, że pszczoły nie są własnością, lecz istotami z własną mądrością. Że nie należy wymuszać, lecz podążać. Że to pszczoły wybierają nas — a nie odwrotnie.
Moja kłoda pszczela jest dla mnie czymś więcej niż przedmiotem. To powrót do domu. Połączenie przeszłości z teraźniejszością. Miejsce, w którym pszczoły mogą znów żyć tak, jak żyły przez wieki — wolne, spokojne, na własnych zasadach. Odkrycie, więź z przodkami, uzdrowienie mojej duszy.
Reactie plaatsen
Reacties